Powrót

Danuta Szmit-Zawierucha
Miniatury warszawskie

Ach, ci futuryści!



   Pojawili się we Włoszech na początku XX wieku. Twórcą kierunku, który przeszedł do historii pod nazwą futuryzmu, był Włoch Filip Tomasz Marinetti. "Ach, zburzcie mi Neapol, Florencję i Rzym!" – nawoływał w jednym z pierwszych manifestów. "Wolę męski profil lotnika albo szofera, niż wszystkie muzea świata” - obwieszczał.

źródło: Wikipedia
Filip Tomasz Marinetti



   W Polsce na większą skalę futuryści pojawili się w roku 1920 i od razu zawładnęli Warszawą. Ich szokujące apele i osobliwa, choć świetna nieraz poezja, bulwersowały opinię publiczną. Jednych śmieszyły, innych irytowały, wielu gorszyły. I o to przecież chodziło. W roku 1920 wydali unikatowy zbiorek "To są niebieskie pięty, które trzeba pomalować”, a niewiele później słynny manifest „Gga”, którego treść szokowała publiczność, nie tylko warszawską: "gga panowie wypadło na arenę świata, wywijając swoim podwójnym g, a krzyczy, a — to usta tego wspaniałego i ordynarnego bydlęcia, właściwie morda, pysk, albo ryj” - oznajmiali zdumionemu światu. Obrazoburczo zabrzmiały słowa (zachowano pisownię oryginalną): "Będziemy zwozić taczkami z placów skwerów i ulic nieświeże mumie mickiewiczów i słowackich… mickiewicz jest ograniczony słowacki jest niezrozumiałym bełkotem…”. Światu z lekka przywiędłych wartości, do których przywykły pokolenia, przeciwstawiali kpinę, groteskę, żart. Wybierali "prostotę, ordynarność i wesołość. Zdrowie, trywialność, śmiech. Od śmiechu dusza tyje i dostaje silne grube łydy”.

Okładki jednego ze sztandarowych tomików polskiegofuturyzmu wydrukowane na... papierze pakowym



   Oszołomiona, zdumiona, nieraz zgorszona Warszawa, z rosnącym zdziwieniem obserwowała poczynania futurystów.

Na klawiszach usiadły pokrzywione bemole,
Przeraźliwie się nudzą i ziewają Uaaaa...
Rozebrana Gioconda stoi w majtkach na stole
I napiera się głośno cacao-choix.

- pisał Bruno Jasieński. Tak jeszcze nikt nie traktował poezji, zarezerwowanej dotąd dla westchnień, cierpień, wodzów i wieszczów.

źródło: Wikipedia
Bruno Jasieński



   Wielki skandal wybuchł na Karowej. W Sali Towarzystwa Higienicznego (dom istnieje do dziś) futuryści zorganizowali wieczór poezji. W zaproszeniach napisali, że spotkanie odbędzie się pod egidą Koła Polek. Sama nazwa „Koło Polek” śmieszyła organizatorów, wydała im się tak groteskowa, że aż kusiło, by wykorzystać ją w zabawie.

około 1932 (?)
źródło: Referat Gabarytów
budynek Towarzystwa Higienicznego przy Karowej

   Przyszła więc na Karową dostojna publiczność. Otyłe matrony, nadęci panowie, zakłamana młodzież. Bezpieczni i pewni, że oto za chwilę usłyszą znane strofy wyszłe spod pióra patetycznych poetów. Czekali więc cierpliwie na pojawienie się artystów. A tymczasem, z estrady, z trybuny, z podium, zaczęły spadać zepsute jaja. Zamiast aktorów pojawił się dwumetrowy Afrykańczyk Josip Ben Mchin, który kalecząc straszliwie język, wykrzykiwał pod adresem publiczności raczej niewybredne słowa, a pod koniec „występu” wypiął na wszystkich wielki goły tyłek. "Przekreślamy indie bawarię i kraków”, niosło się jak echo za uciekającą w panice publicznością.

   Tak futuryści zadomowili się w Warszawie.

Powrót