Powrót

Danuta Szmit-Zawierucha
Miniatury warszawskie

Zielony ogień



   To się zdarzyło, mogło zdarzyć, w Warszawie lat trzydziestych ubiegłego wieku. Dogorywało upalne lato. Augustyn stał w oknie i patrzył na niebo przyozdobione neonowym księżycem. Nagle, z neonowego księżyca posypała się wiązka iskier, które rozsiewały się po dachach sąsiednich budynków. Zaraz potem, żółte, czerwone, niebieskie i fioletowe języki ognia objęły okna, balkony i ściany.
- Cóż to za dziwny, kolorowy pożar – zdziwił się Augustyn. I dlaczego nikt nie reaguje?

   Ludzie zachowywali się spokojnie. Zatrzymywali przed wystawami, czekali na przystankach, wchodzili do sklepów. Augustyn przetarł oczy, ale obraz nie zmienił się. Zielony ogień zaczął właśnie trawić fronton pięciopiętrowego budynku.
- Pali się!!! – krzyknął, jak mógł najgłośniej, ale jego głos zniknął w szumie ulicy.

   Płomienie zielonego ognia wznosiły się do góry jak zjeżona strachem czupryna olbrzyma. Na dachu jednego z wieżowców – widział to wyraźnie – unosiła się, rozżarzona do białości blacha, po czym, ze straszliwym łoskotem spadła na stojący niżej dom.

1944
źródło: "Dni Powstania"; Stanisław Kopf, IW "PAX", Warszawa 1984
Płonąca zabudowa ulicy Ordynackiej



   Doskoczył do telefonu. Nakręcił numer straży pożarnej, wykrzyknął, że pali się ulica Ordynacka. I znów wybiegł na balkon.

   Ogień rozszerzał się. Augustyn uświadomił sobie, że pożar zagraża także jemu. Obudził żonę.
- Nie śpij! – gwałtownie szarpnął ją za ramię - Pali się - Oprzytomniała natychmiast.
- Gdzie?
- Tu, na naszej ulicy.

Razem wybiegli na balkon. Płomienie wznosiły się coraz wyżej, ale Zofia ich nie widziała.
- Ale mnie przestraszyłeś. To wyjątkowo głupi żart.

Wybałuszył oczy. Na jego twarzy malowało się zdumienie.
- Co ty sobie wyobrażasz? Chcesz zginąć? Natychmiast obudź dzieci!
- Pijany jesteś Augustyn?

   Ukrył twarz w dłoniach. Przed oczami majaczyły rozszerzające się kręgi ognia. Zielone, niebieskie fioletowe. Zamknął drzwi na balkon, by nie czuć zapachu dymu, który wciskał się już wszystkimi szparami, gęstniał w pokoju, czaił się za szyba. Poprzetykane gwiazdami iskier, czarne jak dym niebo ciężko wisiało nad miastem. Mimo że Augustyn bał się coraz bardziej, nie mógł odejść od okna, urzeczony przejmującym pięknem żywiołu. Postanowił utrwalić to niezwykła zjawisko. Ciężkim krokiem człowieka, który żyje od tysięcy lat, wyszedł z kamerą prosto w szalejący ogień. Widoczność nie była dobra. Wiatr roznosił płomienie, które ogarnęły już całą ulicą. Domy pochylały się ku sobie, tworząc trójkąty, których wierzchołki stanowiły dachy, a podstawę jezdnia. Wciskając się miedzy te trójkąty, osaczony płomieniami i żarem czuł, że brakuje mu powietrza. Niebo zasłonięte było przez zespawane dachówki, splatające się ze sobą, idące ku sobie szczyty i ściany kamienic. Rozżarzony asfalt obnażał pękającą ziemię w nadaremnym poszukiwaniu wilgoci. Ogień otaczał Augustyna coraz bardziej, jeszcze chwila i otoczyły go płomienie. Zrzucił ubranie. Osmalony dymem, wciskał się w malejącą przestrzeń i filmował rozpadające się miasto. Opędzał się od rosnącego tłumu ludzi, którzy coś do niego mówili, ostrzegając zapewne przed szalejącym żywiołem. W jakimś momencie usłyszał przejmujący wizg syreny i pomyślał, że wreszcie przyjechała straż pożarna. Chwyciły go jakieś ręce i nim zorientował się, co się stało, stracił przytomność.



   Augustyn siedział w gabinecie doktora P., który wypisywał go ze szpitala po czteromiesięcznej kuracji. Doktor P. miał duże, prawie nieruchome oczy, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu.
- Podobno filmował pan ten pożar? – zapytał.
- Tak. - Augustyn uśmiechnął się - zupełnie nie wiem co się stało z kamerą, pewnie ją zgubiłem.
- Nie. Jest tutaj – rzekł doktor, a jego oczy po raz pierwszy od początku rozmowy, przybrały jakiś wyraz.
- Chciałbym obejrzeć ten film – powiedział - Koniecznie chciałbym go zobaczyć.
- Panie doktorze, tam nic nie ma, filmowałem to późną nocą w absolutnym, jak pan wie, szaleństwie. Nie było żadnego pożaru.

   Doktor P. rozwiesił jednak płócienny ekran i uruchomił projektor. Najpierw pojawiła się głęboka czerń, potem jakieś zygzaki, wreszcie kilka białych plam. To było wszystko. Ale doktor P. wpatrzony w pełzającą po ekranie ciemność widział wyraźnie jak wiatr roznosi strzępy ognia, który zawładnął już prawie całą ulicą. Widział niebo zasłonięte przez splatające się ze sobą, idące do siebie szczyty i ściany kamienic …


Powrót